Oto ja




Kontakt:camell_ek@gazeta.pl

katalog blogów
Obserwacje Kamila
Kategorie: Wszystkie | Feminizm | Foto | Hiszpania | Obserwacje | Opowiastki
RSS
niedziela, 04 listopada 2007
Dlaczego nie głosowałem na Partię Kobiet
Nareszcie coś miało się ruszyć! Cieszyłem się, dziwiłem wręcz, że powstaje twór polityczny walczący o prawa kobiet! W Polsce, w kraju patriarchalnym, średniowiecznym i agresywnie katolickim powstawał ruch, który miał wreszcie walczyć na serio z patriarchatem. Śmiałem się w duchu, że być może to odpowiedź na katastrofalne w wymiarze społecznym rządy katoprawicy.

Czekałem na wywiad Gretkowskiej w radiu. Padło pytanie o poglądy Partii Kobiet w polityce zagranicznej. Usłyszalem, ze Partia jest tworem nowym i jeszcze nie ma wszystkich poglądów sprecyzowanych. Hm, no dobrze, powiedzmy, że macie czas. Wtedy myślano jeszcze, że wybory będą za dwa lata. W głowie kołotała mi jednak myśl: nie macie poglądów na temat tak ważny jak polityka międzynarodowa, to nie zawracajcie ludziom głowy, wróćcie za dwa lata jak już ustalicie...

Ależ skąd ten dekadentyzm! Oto powstaje partia o jakiej mi się nie śniło - zwalczyłem złą myśl.

Potem pojawiły się spoty wyborcze. Pamiętam jeden, który mi się spodobał. Na białym tle pojawiały się oszczercze wypowiedzi adresowane do kobiet i do tejże partii. Przesłanie: nie ze wszystkimi da się rozmawiać, ale partia zaprasza wszystkich. Bardzo ładnie.

W tym samym czasie spot z mężczyzną wybiegającym za kobietą na ulicę, bijącym ją i wykrzykującym wulgaryzmy. I pięść kobieca waląca go prosto między oczy. Ostro. Partia jawiła mi się jako bezkompromisowa w walce z patriarchatem. Teraz uważam, że ten spot wiele złego o partii powiedział. Bo czymże miałaby się różnić Partia Kobiet od PiSu w swych działaniach? PiS dzieli społeczeństwo, i ze spotu partii widziałem "walkę" z alfa samcami. Nie, Polsce nie jest potrzebna kolejna wojna domowa. Feminiści mogą walczyć, politycy muszą rozmawiać.

I pojawiło się wreszcie to, co ostatecznie mnie zniechęciło (aczkolwiek długo ze sobą walczyłem). Plakat Partii Kobiet. Jakże piękny, same gołe kobiety! Ostatnio słyszałem "wywiad uliczny" w radio:
redaktor do przechodnia mężczyzny: Nelly czy Gretkowska?
mężczyzna: a ja nie wiem kto to jest Gretkowska.
redaktor: no, rozebrała się na plakacie.
mężczyzna: aaaa, to Gretkowska.

Podejrzewam, że celem Partii Kobiet było zwrócenie na siebie uwagi w gorączce przedwyborczej. Każdy facet spojrzy na plakat z gołymi kobietami. To jest naturalny odruch biologiczny. Prawdopodobnie większość kobiet również spojrzy, bo to ciekawe zjawisko oglądać pretendentów do parlamentu roznegliżowanych. I to bardzo populistyczne.

Pani Gretkowska! Nie interesuje mnie pani roznegliżowany tyłek, ani innych kobiet z zarządu Partii. Uważam to za podłe i niezwykle niskie rozbierać się na plakacie i w ten sposób przyciągać wyborców. Dorabianie filozofii o tym jak to "nie mamy nic do ukrycia" jest żałosne. Obraża mnie taki plakat, skoro traktuje mnie jako "mięso wyborcze", które uślinione spojrzy na plakat roznegliżowanych kobiet.

Polityk nie ma ciała, polityk ma tylko poglądy. Czy potrafimy sobie wyobrazić premiera, prezydenta stojącego nago z malutką tabliczką "PiS" trzymaną w okolicach krocza? Oczywiście, że nie. Politycy takich głupot nie robią.

* * *

A właściwie to po co nam Partia Kobiet? W Stanach feminizm odniósł sukces jako organizacje pozarządowe, nie jako partie polityczne. Partia Kobiet to populizm. Czy każda grupa społeczna powinna mieć swoją partię polityczną? Partia to twór szeroki, wypowiadający się w wielu sprawach. Nie tylko w sprawach kobiet.

Tak sobie myślę, że paradoksalnie powstanie Partii Kobiet to dowód rozkładu społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. W Barcelonie prawie każda ulica, każda dzielnica ma swoje stowarzyszenie przyjaciół tejże ulicy. Obserwuję tam relacje międzyludzkie podczas wielu festynów ulicznych. To ta najbardziej podstawowa tkanka społeczna, która tworzy całość społeczeństwa. W Polsce wszelkie organizowanie się bardzo źle się kojarzy. Nic dziwnego, komunizm i strach przed nim nadal siedzi w głowach ludzi.

Dlatego w Polsce jeśli chce się coś zrobić, to od razu przychodzi na myśl zakładanie partii politycznej. Pomija się tkankę lokalną, skoro jej nie ma lub jest mało widoczna. Nikt nie myśli o tym, że polityka to kompromis, to układy (tak, układy!). Zapomina się o tym, że jako organizacja pozarządowa można czasem więcej zdziałać, wywierając nacisk na polityków poprzez opinie publiczną.

Polak to rewolucjonista. Pędźmy do sejmu! Zmieńmy prawo! Zróbmy partię! Tylko po co? Zmiana prawa może nic nie dać, jeśli społeczeństwo nadal będzie patriarchalne. Do tego potrzebne jest wychowanie, a tego poprzez ustawy się nie robi.

środa, 19 września 2007
PiS: Zasady zobowiązują!
Znalezione w mailu:

NO TO PRZYPOMNIJMY KŁAMCZUCHOWI TE JEGO ZASADY!!

1. Nie będę premierem, gdy mój brat będzie prezydentem
2. Nie będzie koalicji z Samoobrona
3. Cieszę się, ze będę na pierwszej linii walki z Samoobroną.
4. My w kolejnej kompromitacji i w otwieraniu Samoobronie drogi do władzy w Polsce uczestniczyć nie będziemy
5. Nie poprzemy nikogo z wyrokiem sadu lub przeciwko komu toczą się sprawy sadowe. To jest sprzeczne z ideałami PIS
6. V-ce minister sprawiedliwości nie ścigał i nie osadzał w wiezieniu działaczy opozycji w latach 70
7. Wybudujemy trzy miliony mieszkań.
8. Wprowadzimy szybko niższe podatki.
9. Wycofamy wojsko polskie z Iraku.
10. Prawie 200 km autostrad w 2006, to nasza zasługa.
11. Tylko 6 km autostrad w 2007, to wina SLD.
12. Marcinkiewicz, to premier na całą kadencje.
13. Pomożemy Stoczni (UE chce zwrotu 4 mld).
14. Zredukujemy administrację państwową
15. W rządzie nie będzie byłych członków PZPR.

Dla mnie, raz dane słowo, jest święte... (Jarosław Kaczyński 10 VII 2006)

sobota, 28 lipca 2007
Feminiści jak dzieci
Co robicie kiedy ktoś Was krytykuje? Zastanawiacie się nad tym czy ten ktoś ma rację, czy od razu kontratakujecie?

Ostatnio mam wrażenie, że feminiści (skupieni na przykład na stop fanatykom) kontratakują zanim jeszcze doleci do nich ostatnie słowo krytyki.

Wanda Nowicka stworzyła "Aneks do Alfabetu Kaczogrodu". Opisała tam jako jedno z działań feministów "powieszenie na palmie czepka pielęgniarskiego (Maleństwo)" oraz "rozwieszenie między drzewami banneru z podziękowaniami od społeczeństwa dla pielęgniarek".

Ja to skrytykowałem, nazywając nieistotną pomocą. Napisałem "To tylko te dwa punkty ktore nijak sie do reszty maja. Po prostu, troche naiwny wpis o temacie zupelnie na serio".

Nie upieram się, że mam rację i że dla żadnej pielęgniarki nie było to istotne. Być może było, być może nawet bardzo. Jednak zostałem skrytykowany: "Jak widac najwygodniej rozsiasc sie w fotelu i dewaluowac pomoc innych , badz tez ja minimalizowac", itd.

Feminiści to rewolucjoniści. Przynajmniej ci działający w pierwszym rzędzie, pokazujący się w telewizji. Przemyka mi przez umysł myśl, że rozwieszanie plakatów, banerów, czy też wieszanie czepka w świetle kamer (bądź też późniejsze chwalenie się tym na blogu) jest idealną okazją do zaistnienia w mediach. Tak mi to przemyka przez głowę, i bardzo chciałbym się mylić.

ALE: co ma feminizm do pielęgniarek? Dlaczego feministki tam się pojawiały? Oczywiście pielęgniarkom dzieje się krzywda, popieram ich protest. Tak samo jak popieram protest lekarzy, a już górników nie popieram. Ale dlaczego feministki? Dlaczego nasze czołowe feministki nie poszły tam jako "obywatele", tylko jako "feminiści"?

A po drugie, co do "rozsiadania się i krytykowania". Drodzy feminiści. Ja nie muszę stać na barykadach, bo mi się nie chce. Koniec kropka. Moim obowiązkiem jest myśleć, zatem przemyślałem sobie feminizm i myślę nad nim cały czas. Uważam się za feministę, w rozmowach z moimi znajomymi nieprzekonanym tłumaczę czym jest feminizm. I to jest moja droga. Ja nie będę leciał kilku tysięcy kilometrów do Polski, po to aby stanąć na barykadzie.

Nie każdy ma ochotę być żołnierzem w pierwszym szeregu. I ma do tego prawo. A obowiązkiem bohaterów walczących na barykadach jest to uszanować.
21:37, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (5) »
środa, 18 lipca 2007
Ocena ma swoją granicę!
W Wyborczej artykuł o tym jak to młodzi ludzie oceniają profesorów na stronie internetowej. Jak to zwykle, ci oceniani dobrze pomysł chwalą. A jakże, pozwala im to oczywiście podnieść poziom nauczania, itd, itp. Misja strony również ambitna, o podnoszeniu poziomu edukacji w Polsce sie rzecze.

Ci co są ganieni już nie są tacy weseli. A to mówią o autorze strony jako zakompleksionym człowieku, a to że każda ocena ma swe granice, a to że ocenianie to tak naprawdę "coś w rodzaju mobingu" (sic!), itd, itp.

Zabawne jak punkt widzenia od punktu siedzenia jest niedaleko.

A ja właśnie mam okazję oglądać różnych profesorów prowadzących zajęcia za granicą Polski. Jest oczywiste, że studenci będą ich oceniać. Studenci są wręcz gorąco do tego zachęcani. Profesor prowadzący kiepskie zajęcia nie ma szans na odnowienie kontraktu. Oczywiście nie na pojedynczą skargę, ale na grono niezadowolonych studentów. I to jest normalne.

Wypowiedzi, "Nie zostałem wybrany przez naród, ja tylko uczę studentów. Każdy ma swoją wrażliwość." może mogą i bawić. Problem w tym, kiedy widzi się całe szacowne grono wielkich fachowców od lat prowadzących te same, nudne, nikomu niepotrzebne zajęcia. Śmiesznie przestaje być, kiedy się widzi młodych doktorów charakterystycznie przechadzających się z miną wszystko-wiedzących specjalistów, z góry patrzących na takich to pół-ludzi (czyt. studentów). A już zupełnie jest nieśmiesznie, kiedy doktorant chce zmieniać świat, a po obronie zaczyna bronić "porządku".

Potem tworzą się potworki, od lat za tym samym biurkiem, od lat niewidzący niczego poza własną katedrą, niemający pojęcia o czym świat mówi i ciągle pieprzący głupoty o tym jak to mało pieniędzy i przez to nic się zrobić nie da. A jak się próbuje coś zrobić, to raban podnoszący o ataku na niezależność szkolnictwa wyższego.

I tak oto tkwimy w zaścianku. I będziemy tkwili po uszy przez następne dziesięciolecia. Póki nie wymrze pokolenie PRL na wyższych uczelniach. Problem w tym, jak piekielnie łatwo młodzi przechwytują wzorce starszych. No bo już po doktoracie się okazuje, że są tacy mądrzy, tacy szanowani, tacy podziwiani, więc po co się starać. A po habilitacji zrastają się ze swoją katedrą no dobre. I tak w kółko. Mój stołek, mój szef. A Nauka już nikomu nie potrzebna.

Potem się pojawiają wielkie publikacje, wybitne dzieła! Opublikowane w Pipidówku. Oczywiście dlatego, gdyż znowu pieniędzy brakło na podróże zagraniczne. Tak tak, bo my to się znamy najlepiej na świecie na tym co robimy, tylko jakoś świat tego nie dostrzega.

środa, 27 czerwca 2007
Kobieta - źródło podniety
Uwaga, uwaga! Wiadomość z ostatniej chwili! "Największa w historii Szkoły Policji w Katowicach grupa absolwentów, zakończyła szkolenie. Większość z nich, w tym wiele pięknych pań, będzie teraz patrolowała ulice śląskich miast"!

Pędźcie pod ten link, oglądajcie, ślińcie się, zobaczcie jakie fajne laski będą patrolowały ulice! Chyba wrócę do Polski i się osiedlę na Śląsku, no taki rarytas!

Wyborcza to podobno gazeta opiniotwórcza. Podobno walczy o prawa kobiet...

A jakie ładne komentarze pod zdjęciami. Na uwagi, że podobno dobra gazeta potraktowała kobiety jak przedmiot, można znaleźć reakcje z grubsza takie:
- e tam, jakie tam przedmiotowe traktowanie, co to cześć się należy kobiecie, czy co?
- a Ty co, zazdrosna jesteś, że tak nie wyglądasz?
- a gdzie tu ładne policjantki, ja znam ładniejsze swoje koleżanki.
itd.

Dodajmy, że Wyborcza umieściła to dziś w sekcji "Polecamy". No to ja polecam zmienić lekturę.
19:58, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (9) »
niedziela, 10 czerwca 2007
Sarmacka fantazja
Rosja walczy o wpływy w Europie Środkowej. Putin własnie proponuje Amerykanom włączenie radaru w Azerbejdżanie do systemu antyrakietowego. Amerykanie zachowują się jakby dostali cios w plecy. Komentatorzy mówią, że właściwie o to Rosjanom chodziło. Bush zaprasza Putina do współpracy, Putin prawdopodobnie nie chce współpracy na warunkach Busha, więc wyskakuje jak Filip z konopii z propozycją, którą Amerykanie najprawdopodobniej odrzucą. Bo kto mógłby zaakceptować radar w Azerbejdżanie, przy jednoczesnej rezygnacji z tarczy w Europie Środkowej? W przypadku, tfu tfu, konfliktu na linii Waszyngton-Moskwa całą europejską część tarczy antyrakietowej możnaby było wsadzić sobie w nos. Przypadkowa awaria zasilania Azerbejdżańskiego radaru zgrałaby się w czasie z, tfu tfu, konfliktem z USA.

Konfliktu nikt nie chce, ale i nikt nie chce niestabilnego systemu. Bo i po co ładować tyle pieniędzy w coś, co obce państwo (choćby i nasz największy przyjaciel) może wyłączyć?

A co u nas? Jak to wpływa na postawę Polaków? Polski rząd, o dziwota, zachował się tak jak należy, czyli stwierdził, że to co pomiędzy Rosją i USA to nie pomiędzy Polską i USA. Czyli Putin coś tam sobie powiedział, ale my rozmawiamy ze Stanami, więc nas to bardziej interesuje co Bush powie. Naturalnie deklaracje Putina mogą okazać się kartą przetargową dla Polaków, teraz USA powinna wyjaśnić co to za potajemne rozmowy z Rosją prowadzi.

A opozycja? Tu niezawodny samobójca ("Nicea, albo śmierć!") wskakuje na barykady. Według niego "gra o tarczę stała się w znacznej mierze grą o suwerenność państwa polskiego" i nie powinno się już teraz zrezygnować z budowy tarczy w Polsce. (za Wyborczą).

Nieważne już są interesy, jakie przy okazji tarczy można załatwić, nieistotne jest poprawienie obronności kraju. To już banalne frazesy! Najważniejsze, że ten okropny Putin śmiał coś na nasz temat powiedzieć! I teraz my musimy zrobić wszystko na odwrót: on nie chce, abyśmy mieli tarczę, więc to jest dla nas "ważny argument" w dyskusji, aby tą tarczę mieć. Bo już rezygnować z tarczy nie powinniśmy.

Ot, cała sarmacka fantazja. Jak chcesz, aby Polak poszedł w lewo, to mu powiedz, że koniecznie musi iść w prawo i to dla jego dobra. Wtedy Polak wykrzyknie: "Co, kurwa! Ja nie wiem gdzie mam iść?" i pobiegnie w lewo. Proponuję zatem Putinowi nakłanianie Polaków na zainstalowanie tarczy u siebie, wtedy na pewno by jej nie było.

poniedziałek, 04 czerwca 2007
Odmienne predyspozycje płci
Pan Miłościwy ponownie próbuje przeforsować swój pomysł, o którym był łaskaw wspominać już od dawien dawna. Otóż drogie dzieci nie będziecie już mieć połowy swoich dotychczasowych kolegów/koleżanek. Ty chłopczyku z dziewczynką porozmawiasz tylko na podwórku, lub za kilka lat jak szkołe skończysz. To samo tyczy się Ciebie dziewczynko. O kolegach możesz zapomnieć.

Pan wicepremier pragnie szkół z męskimi i żeńskimi klasami. Póki co po jednej w województwie. Można się jednak obawiać, że marzeniem tego człowieka jest wprowadzenie niekoedukacyjności w każdej szkole.

Pamiętam swoje technikum. Klasa męska, ani jednej dziewczyny. Z kilkoma ludźmi znalazłem sie potem na studiach w tej samej grupie. Ja miałem szczęście, byłem harcerzem. Zatem miałem kontakt z płcią przeciwną. Moi koledzy spotykali się z dziewczynami może tylko na imprezach.

Pamiętam, że na studiach były bodajże cztery dziewczyny. Na 120 osób na roku. Ot, studia techniczne. Pamiętam, że w naszej grupie, ludzi po technikum, każda została po cichu ochszczona jakimś męskim imieniem, bo "brzydka", bo "obciachowa", a gdy ktoś z naszej grupy zaczął z dziewczyną gadać to reszta "kolegów" chichotała za jego plecami. Wiadomo, gadać z dziewczyną to obciach, zwłaszcza z tymi z naszego roku, bo te akurat zostały naznaczone "obciachostwem". Przypomnę tylko, że to były studia, ludzie ponad 20 lat. Jak na dłoni widać było różnicę w zachowaniu pomiędzy ludźmi kończącymi liceum (gdzie dziewczyn była mniej więcej połowa) a nami, społecznie upośledzonymi ludźmi z technikum.

Pan wicepremier powołuje się na naukowców, którzy twierdzą że do 15 roku życia dziecko odnosi lepsze rezultaty naukowe w klasach niekoedukacyjnych. Zapewne to prawda, chłopcy obmacujący dziewczyny, rzucający głupie "zabawne" uwagi zwłaszcza dziewczynom skupiać się na lekcji nie pozwalają. Nie pomagają również nauczyciele, mający zachowania zwierzęce swoich podopiecznych głeboko gdzieś, albo kwitujący kolejne podszczypnięcie koleżanki, że "przecież ja też tak robiłem/mi też tak robili". To problem idiotów w roli wychowawców, osobny temat rzeka.

Panu wicepremierowi nie starcza już jednak wyobraźni, aby zastanowić się co będzie po 15 roku życia. Młody człowiek, który nie obcował z dziewczyną/chłopakiem podczas zajęc, w wieku burzy hormonów nagle po raz pierwszy będzie widział przez kilka godzin dziennie płeć przeciwną. Tak, to oczywiście bardzo spotęguję jego/jej koncentrację.

A jakie naukowe uzasadnienie segregacji! To "nie jest to dyskryminacja, lecz właściwa odpowiedź na "odmienne predyspozycje płci"." (za Wyborczą).

Skoro odmienne predyspozycje płci, to ja już się domyślam czego chłopczyków a czego dziewczynki będziemy uczyć w szkołach. Chłopcy: przysposobienie obronne, matematyka, fizyka. Dziewczynki: język polski, biologia a na zajęciach technicznych haftowanie. Ot, program o połowę krótszy, za to profilowany tak, aby dziecko zrozumiało. Dziecko szczęsliwe (bo nie musi się dużo uczyć), rodzić szczęśliwy (bo wreszcie uczą czegoś pożytecznego), nauczyciel szczęśliwy (bo z materiałem nadąża). Wszyscy szczęśliwi.

A w wieku 20-kilku lat chłopczyk będzie parskał na widok kolegi rozmawiającego z koleżanką, a koleżanka będzie się rumienić. I żadna z płci nie będzie wówczas miała predyspozycji do międzypłciowej rozmowy. Ale po co komu rozmowa potrzebna?
czwartek, 31 maja 2007
Plucie na Wielkich, czyli wolimy debilów

Plucia ciąg dalszy. Tym razem lektury szkolne. Od dawna wiadomo, że z inteligentem dyskutuje się ciężko. Trzeba ważyć słowa, szukać argumentów i poddawać je ocenie, a co najgorsze trzeba dopuścić do siebie myśl, że nasz rozmówca może nas do czegoś przekonać! To już za wiele! My mamy mieć poglądy jak ze stali, mamy "nigdy nie zmieniać poglądów", być "bezkompromisowymi" - to są prawdziwe zalety prawdziwego Polaka!

Polakom trzeba pomóc, trzeba im dać umiejętność niedyskutowania, niewysuwania żadnych argumentów i słuchania, a właściwie "(w)słuchania się" w Miłościwego.

Problemem może być tylko fakt, iż Miłościwych jest wielu, często mówią co innego. Nie ważne! I tak wolimy debilów, niż inteligentów. Na debila się krzyknie i debil zrozumie tego co głośniej krzyczy.

Pan premier postanowił nam pomóc, a właściwie naszym dzieciom. Wiadomo, czym skorupka za młodu... Edukacje debila należy zacząć od samego początku ograniczając mu dostęp do tego, co niebezpiecznie mogłoby uczynić z niego osobę myślącą. Żadne Dostojewskie, Kafki i inne Witkace nie wchodzą w grę. To lektury jak najbardziej niepożądane.

Ewentualne potrzeby duchowe czy też intelektualne, które w debilu nie zostałyby jeszcze ugaszone można przekierować na książkę Jana Pawła II "Pamięć i tożsamość" lub inne dzieła Stronnictwa Narodowego. Tam się znajdują odpowiednio patriotyczne i chrześcijańskie myśli, które pomogą debilowi się "rozwijać".

Proponuję jeszcze nakaz spontanicznego cytowania Jana Pawła II w towarzyskich dyskusjach, modlitwy przed każdą lekcją, różańce rozdawane przy wejściu do szkoły i nakaz modlitwy na przerwach. Wszak wiadomo, wtedy młodzież będzie się rozwijać duchowo przebierając paluszkami po różańcu.

wtorek, 29 maja 2007
Plucie na Michnika
Jak podaje serwis TNV24.pl, jeśli kogoś obrażę, wyzwę i zwymyślam mu to mogę przed sądem wybronić się z oskarżenia o pomówienie. Muszę tylko spełnić jeden z dwóch warunków: albo udowodnić, że mówiłem prawdę, albo udowodnić, że działałem w interesie publicznym.

Pan Wierzejski powiedział, że ikona polskiej opozycji, Adam Michnik, był w PZPR. Przykład wziął zapewne od swojego szefa, niejakiego Giertycha, który nazywał Michnika "partyjnym aparatczykiem". Pan Michnik podał pana Wierzejskiego do sądu. Pan Wierzejski w sądzie się jednak wybronił.

Jak się wybronił pan Wierzejski? Czy mówił prawdę? Skądże! Nawet jego adwokat dowodził, że poseł miał na myśli tylko to, że <<"ludzie KOR byli przedtem w PZPR". Akurat Michnik w niej nie był, co - jak podkreślił mecenas - "mu się chwali">>

Skoro wiadomo już, że poseł minął się z prawdą i mimo iż od posła wymaga się mówienia prawdy to jakoś to pomijamy, to dlaczego sąd uznał, że pan Wierzejski nie musi przepraszać pana Michnika?

Najwidoczniej sąd uznał, że pan Wierzejski działał w interesie publicznym, innej możliwości prawnej według TVN24.pl nie ma. Interesem IV RP jest najwidoczniej obrażanie wielkich ludzi.

Kto następny?
niedziela, 06 maja 2007
Podróż do Wrocławia
Opowiastka o kobiecie po przejściach. I o telefonach komórkowych.
wtorek, 01 maja 2007
Wpis organizacyjny
Niniejszym oświadcza się, iż planuje się w czasie najbliższym uruchomienie następujących, dodatkowych kategorii:

- opowiastki, jak sama nazwa wskazuje będą to me próby pisania w nieco odmiennej konwencji. Całość może być zmyślona, jak to opowiastka, może być zainspirowana tym co oczy me zobaczyły tudzież uszy usłyszały, jak i może to być kopia wierna tego czego sam doświadczyłem,

- foto, nazwa równie skomplikowana jak poprzednia, aparatu dobrego jeszcze nie mam, zdjęć jeszcze robić nie umiem, ale w końcu się naumiem i coś pod krytykę publiczną wystawię.

W mocy pozostają dawne kategorie, czyli: feminizm, Hiszpania i obserwacje. Ta ostatnia to wszystko to, co się nie kwalifikuje gdzie indziej. I tak, ta notka wpada w obserwacje.

* * *

Równocześnie ogłasza się, iż jeśli ktoś umieścił link do tegoż bloga w jakimkolwiek miejscu w necie, to prosi się tegoż osobnika o poinformowanie o tymże fakcie. W komentarzu do tejże notki, lub w mailu. Chciałbym wiedzieć kto mnie poleca i czyta, aby móc również poczytać i popolecać.
czwartek, 12 kwietnia 2007
Matka Polka poszukuje dobrej partii
"Wyszły kobiety na morski piach, stanęły nad wielką wodą, stare, młode, całe we łzach...
I z wiatrem leciały od lądu, bezradne i mokre od łez,
spojrzenia aż po horyzontu jasny kres...
...
Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli, nadzieja wciąż w serc kapeli na werbelku cicho gra,
bo męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać,
aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza.

Męska rzecz - dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal...
Nasza rzecz - stać na brzegu, stać i wierzyć i patrzeć w dal..."
Jeszcze się tam żagiel bieli, Alicja Majewska

* * *

To nieprawdopodbne ilu ludzi w społeczeństwie traktowanych jest jak obywatele drugiej kategorii. Ostatnia debata na temat aborcji pokazała, jak życie matki jest niewiele warte. Życie czegoś, co ciężko człowiekiem nazwać, co w ogóle nie wiadomo czy się urodzi, co może wcale nie jest "owocem miłości" ma większe prawa niż matka. Przypadek pani Alicji Tysiąc pokazał to dobitnie. Kobieta ma rodzić, nawet jeśli przy tym umrze.

Przeczytałem dziś artykuł Lidii Ostałowskiej. O tym, jak to kobiety walczą o swoje prawa. O politykach, z lewa i prawa, którzy cynicznie wykorzystują tworzący się ruch społeczny do pozyskiwania wyborców mając głęboko gdzieś los kobiet. O instytucjach, które powinny bronić losu kobiety, a gdzie to mają patrz wyżej. O walce ze stereotypami polityków, którzy akurat są przy władzy.

Nie, nie jestem Matka Teresa i nie chcę się rozczulać nad skrzywdzonymi. Tu chodzi o prawo kobiety do bycia równej facetowi.

Artykuł jest o kobietach, które walczą o przywrócenie funduszu alimentacyjnego. Fundusz został zniesiony i zastąpiony zasiłkami. To sprytny sposób na pozyskanie duszyczek przy urnie wyborczej: ilekroć kobieta z dzieckiem dostanie jałmużnę, powinna pamiętać i być wdzięczna kochanemu państewku, że o nią zadbało. Najlepiej jeszcze przypominać, że to "nasz rząd" wypłacił zasiłek.

Do pracy kobieta nie powinna chodzić, no chyba, że akurat mąż nie jest w stanie utrzymać rodziny sam. To było widać przy idiotycznych argumentach za zakazem handlu w święta. Ponieważ w handlu głównie zatrudnione są kobiety (a jakże! Gówniana robota, to tylko dla bab!), więc dobrze, że się im zakaże pracowac, bo wtedy w domu zostaną i ciepełko domowe będą podgrzewać.

Bo kobieta to nie jest człowiek pełnoprawny. Przed ślubem ma tylko dupę i wszelkie z nią kontakty sprowadzają się do jej dupy. Znajoma pracująca jako wychowawca opowiadała jak siedemnastolatkowie szukają czternastoletnich dziewczyn. Czemu? "Bo szybciej dają". Bo chodzi tylko o seks, a "głupia młódka" szybciej "da". A potem jeśli nie będzie chciała "dawać" dalej, to się ją zostawi. Skąd się bierze taki stosunek do kobiety? Jak tatuś takiego siedemnastolatka traktuje mamusię w domu?

A jeśli czternastolatka zajdzie w ciążę, to jest "zdzirą", "puszczalską" i każda porządna rodzina IV RP powinna się jej wyprzeć.

Jak kobieta wyjdzie za mąż to awansuje: ma wtedy ręce. Ma zakasać rękawy i do roboty! Staje się służącą dla całej rodzinki. A jeśli mąż zechce mieć potomka, to kobieta jest wtedy inkubatorem. I zaczyna się życie między szmatą a pieluchą, a wieczorami trzeba dogodzić swemu facetowi: koniecznie podać obiad, koniecznie po nim sprzątać i koniecznie "dać", wspomnianej wcześniej, dupy. Bo jak się nie da, to facet sobie odejdzie i znajdzie inną. Widać nie dostał czego oczekiwał, więc "zmienia" kobietę. Tak jak się zmienia zużyty telewizor lub radio. Jak się nie da naprawić, to się wyrzuca.

I co z tego, że facet ma z kobietą dziecko? Jakie alimenty? Nie będzie płacił i już. I co mu ta jego, a właściwie już nie jego, kobieta zrobi? Dziecko oczywiście, że z nią zostanie, bo Matka Polka musi się poświęcić. Każdy sąd powtarza to jak mantrę. A facet powie, że nie ma pracy, jest mu ciężko i w ogóle taki nieszczęśliwy i już alimenty z głowy. Można nowej kobiety z młodszą dupą szukać.

* * *

Po dobroci się nie da. Nie ma co liczyć na ludzkie odruchy u facetów. Jak nie rozumieją, to trzeba do nich mówić siłą. Zmusić prawem do respektowania praw kobiety. A do tego trzeba zmienić prawo. Dlatego ruch obywatelski warto przekuć w partię.

16:55, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (9) »
czwartek, 05 kwietnia 2007
Naukowy analfabetyzm
Znalazłem dziś w Wyborczej tekst pana Tadeusza Gadacza, Przewodniczącego Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Artykuł odnośnie pomysłów zniesienie prac magisterskich. Dlaczego? Bo po pierwsze, jest za dużo studentów w stosunku do kadry naukowej i nie ma możliwości aby promotor przypilnował na przykład 100 swoich wychowanków do napisania porządnej pracy. A po drugie ... bo studenci plagiatują, kopiują masowo teksty z internetu do pracy. No przy tym to już się uśmiałem. Rewelacyjny pomysł: znieśmy prace magisterskie, bo studenci i tak są nieuczciwi. To ja proponuję jeszcze zniesienie sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniach, bo i tak tylu wariatów na czerwonym świetle przejeżdża.

Może kilka cytatów:

"Masowość kształcenia została okupiona wieloetatowością, przeciążeniem kadry naukowej, radykalnym obniżeniem poziomu kształcenia. Prace doktorskie przypominają lepsze prace magisterskie, a prace magisterskie bardziej rozbudowane prace roczne."

"W naukach humanistycznych i społecznych doprowadziło to także do upadku naukowych badań. Przeciążeni dydaktyką i czynnościami administracyjnymi uczeni, poza wyjątkami, przestali dyskutować o ważkich problemach współczesnej humanistyki. Upadła krytyka naukowa."


Jakże to słodka myśl dla stada młodych ludzi szczycących się tym, że studiują. Najlepiej nic nie robić: żadnej pracy magisterskiej, żadnego licencjatu, żadnej pracy zaliczeniowej, żadnego kolokwium. Bo się jeszcze niepotrzebnie młody człowiek zdenerwuje. Prym wiodą tu uczelnie, jak i szkoły średnie, prywatne. Płacę, wymagam dobrej oceny, i spocić się nie zamierzam.

Potem co prawda będzie zdziwienie, że nikt nie chce zatrudnić takiego człowieka. Na szczęście jest wyjście! Zawsze można pojechać zmywać gary do Londynu.
niedziela, 01 kwietnia 2007
Piękne hasła na sztandarach
Dwa filmy. Pierwszy o niezmywalnej krwi na rękach, drugi o bezsensowności czarno-białego pojmowania Świata. I jeszcze jedna książka. O tym, że piękne hasła na ustach nie znaczą pięknych czynów.

Trzy lektury obowiązkowe.

Film pierwszy to "Duchy Goyi" Milosa Formana. Cudownie ukazujący przemijanie epok. Święta Inkwizycja miesza się z przybyciem Napoleona do Francji z prowolnościowymi hasłami na ustach. O tym jak człowiek z kleryka staje się wyznawcą nowego nurtu, jak żongluje zasadami dopasowując je do aktualnej sytuacji. O tym, jak w Kościele cynicznie wykorzystuje się (wykorzystywało się?) wiarę ludzi. O bezwględności ludzkiej i wreszcie o śmieszności wielkich haseł noszonych na sztandarach.

Film drugi to "La vida de los otros" Floriana Henckel-Donnersmarcka ("Życie innych" - tłum. Camell, w Polsce jeszcze się nie ukazał, zdobywca ostatniego oscara za najlepszy film nieangielskojęzyczny). O agencie Stasi podsłuchującym artystów. Agent zawiedziony swoim życiem zaczyna ukrywać podsłuchiwanego. To film o niemożliwości jednoznacznego ocenienia ludzi, wręcz o niedorzeczności próby takiej moralnej oceny. Jakże modny temat teraz w Polsce. Film koniecznie powinni obejrzeć późno urodzeni tropiciele tajnych współpracowników SB jak i pseudo-naukowcy z IPNu.

Pamiętam moją rozmowę kiedyś z Brazylijczykiem. Porównywaliśmy swoje spostrzeżenia na temat komunizmu i demokracji zachodniej. Uderzające było, że to co ja myślę o komuniźmie, mój rozmówca myślał o USA. On mi mówił o ludziach zaginionych (termin "desaparecidos" w Ameryce Południowej, ludzie potajemnie zabijani przez policję), ja o morderstwach polskiej SB.

Metody podobne w dwóch skrajnych obozach: komunizm w ZSRR i satelitach ze swoim anty-imperialistycznym zacietrzewieniem, oraz polityka zagraniczna USA. Jeśli ktoś sądzi, że w czasach zimnej wojny (jak i teraz, nie bądźmy naiwni) Stany rozprzestrzeniały "wolność", "demokrację" na świecie, to polecam książkę Artura Domasławskiego "Gorączka latynoamerykańska" (Świat Książki, Warszawa, 2004). Zwłaszcza fragmenty o szkoleniu przez lekarzy amerykańskich na terenie USA oficerów południowoamerykańskiej policji (z krajów różnych). Szkolenia dotyczyły tego jak torturować, aby "pacjent" nie umarł za szybko.

Po przeczytaniu opisów tortur można się zacząć pukać w czoło widząc polskich polityków tak żwawo biegnących w objęcia "amerykańskich przyjaciół" i ślepo wierzących w bezpieczeństwo gwarantowane przez mocarstwo światowe.

sobota, 31 marca 2007
Polskie emocje, czyli zbawmy świat
"If you ever get close to a human
And human behaviour
Be ready be ready to get confused

There's definitely definitely definitely no logic
To human behaviour
But yet so yet so irresistible

And there's no map to human behaviour

They're terribly terribly terribly terribly moody
Then all of a sudden turn happy
But, oh, to get involved in the exchange
Of human emotions
Is ever so ever so satisfying

And there's no map
And a compass wouldn't help at all"
Björk, Human Behaviour

Marsz życia i marsz za prawem wyboru odbyły się równocześnie w Warszawie. Demonstrowali zwolennicy Ojca Dyrektora, prawicowi radykałowie i oczywiście lewicowi feminiści. Bo tak najłatwiej to opisać w gazecie, skoro radiomaryjni słuchacze są katoprawicą, to ludzie o odmiennych poglądach muszą być ateistyczną lewicą. A to, że za prawem wyboru stoi sojusz ludzi o różnych poglądach byłoby już zbyt trudne do relacjonowania. Pisała już o tym pani Bratkowska na nowym blogu feministek.

Oglądałem relacje z marszów i, szczerze przyznam, bardziej ciekawił mnie ten za życiem. Chciałem zobaczyć z bliska, przez ekran monitora, katoprawicę w akcji.

Oglądałem relacje i łapałem się za głowę. Ciężko już to komentować. Mieszanka frustracji, niezadowolenia z własnego życia, uczucia "oblężonej twierdzy". Źródłem zła są oczywiście ONI, czyli homoseksualiści/zwolennicy aborcji/lewicowcy/ateiści/obcokrajowcy/generalnie ludzie o innych poglądach niż radiomaryjne (niepotrzebne skreślić).

Pan Ojciec Dyrektor (bo dla mnie to pan, a nie ojciec) jest fenomenalnym gospodarzem ludzkich uczuć. Całe rzesze ludzi starszych znajdują uwielbienie w jego osobie (lecz niestety, nie tylko starszych). Wiara cementuje, więc nie są potrzebne żadne argumenty. Wystarczy znaleźć tylko "źródło zła", które zawsze się znajdzie. Uderzyły mnie emocje ludzi na marszu życia. Podczas gdy marsz "feministów" był wesoły, marsz za życiem był walką na śmierć i życie. Starsi panowie ze łzami w oczach wypowiadający się, trzęsącymi rękoma gestykulujący, dorzucającymi już od siebie "a obcokrajowcy won z Polski!". Nie, nie naśmiewam się. Już mi nie do śmiechu. Próbuję opisać niesamowitą mieszankę emocji. Złych, negatywnych, kiedy demonstranci szukają wroga. I dobrych, kiedy czują się wspólnotą. Kiedy zawodzą pieśni religijne (tu prym wiodły panie). Czymże byłyby ich poglądy bez religii? Potrafiliby zorganizować marsz, gdyby nie cementowała ich wiara?

Ktoś powie, że przecież żyjemy w demokratycznym państwie, więc każde poglądy maja prawo istnienia. I to prawda. I dlatego aborcja nie może być zakazana. Bo zwolennicy aborcji nie chcą nikogo zmuszać do przerywania ciąży. Żądają natomiast prawa do swojego wyboru, prawa do demokracji. Przeciwnicy aborcji natomiast to prawo ludziom chcą odebrać, uważają, że to oni wiedzą co jest dla każdego z nas najlepsze. Nie dopuszczają do tworzenia państwa pluralistycznego, gdzie żyją ludzie o innych, nawet przeciwstawnych poglądach. Zawracają swój kraj do średniowiecza i ciemnogrodu.

To podstawowy problem, który przeciwnikom aborcji umyka sprzed oczu: nikt nikogo nie namawia do aborcji. Chodzi tylko o prawo wyboru. A zakazując takiego prawa, odbiera się wolność innym.

Oczywiście dochodzimy do tego, czy w ogóle płód jest człowiekiem. Jeśli jest i musi mieć zagwarantowane prawa jak dorosły, to powinniśmy aresztować kobietę zaraz po stosunku (usłyszałem taki świetny komentarz niedawno w TOK FM). Bo być może jest już w ciąży i być może będzie chciała ją usunąć, czyli dopuścić się morderstwa! A jeśli ciąża z przyczyn naturalnych zginie, to należy i tak sprawę badać poprzez prokuratora. Tak jak się bada każdy przypadek śmierci dorosłego człowieka. Prokurator mógłby na przykład dociekać, czy przypadkiem kobieta nie zrobiła czegoś niepoprawnego w czasie ciąży (dla ułatwienia proponuję stworzyć Katalog Rzeczy Niepoprawnych), np może zapaliła papierosa. Na nic tłumaczenia, że to nie ma wpływu aż tak wielkiego na ciążę (jeden papieros). Prokurator mógłby uznać wtedy, że kobieta zabiła tym papierosem swoje dziecko i siup, do więzienia. Ależ to proste.

Mężczyzn do więzienia wsadzać nie będziemy. To kobieta usuwa ciążę, mężczyzna jest w tym całkowicie nieobecny oczywiście.

Tak wyglądać będzie Polska za kilka lat? To ja bardzo dziękuję.

ps. We wczorajszym El Pais artykuł o Polakach pod tytułem "Polacy przeciwko światu, szatanowi i ciału" ("Polacos contra el mundo, el demonio y la carne"). Tak nas widzą. Czy Polska jest jeszcze w wielokulturowej, pluralistycznej Europie?
niedziela, 18 marca 2007
Demokracja, rządy głupców
Przeczytałem niedawno u Jacka Żakowskiego wywiad z Chantal Mouffe, która powiedziała:

"Liberalna demokracja, która w drugiej połowie XX w. przeżyła wielki triumf, ma w sobie nieusuwalne napięcie między wartościami czy tradycjami liberalnymi i demokratycznymi. Z jednej strony idea liberalna - rządy prawa, parlamentaryzm, pluralizm, indywidualizm. Z drugiej idea demokratyczna - suwerenność ludu i władza większości. To jest w praktyce trudna kombinacja. Carl Schmitt, wybitny niemiecki teoretyk, który stworzył intelektualne podstawy porządku faszystowskiego, udowadniał nawet, że liberalno-demokratyczny projekt jest wewnętrznie sprzeczny i że nie może się udać. Jego zdaniem demokracja wyklucza liberalizm, a liberalizm wyklucza demokrację. Brutalnie mówiąc: jeśli większość rządzi, to dlaczego ma się ona samoograniczać, uznając konstytucję, wyroki wydawane przez sędziów i prawa mniejszości.
(...)
Polemizujący ze Schmittem wielcy myśliciele drugiej połowy XX wieku, tacy jak Habermas czy Rowles, głosili nawet tezę, że demokracja i liberalizm nie mogą bez siebie istnieć, więc o żadnym napięciu między demokracją a liberalizmem nie może być mowy. Myślę, że ten pogląd jest podobnie fałszywy i groźny, jak teza Carla Schmitta.".

Dalej pojawiają się między innymi próby wyjaśnienia apatii wyborczej. Dlaczego ludzie nie idą do wyborów? Dlaczego tak rosną w siłę populiści? Odpowiedź: partie rządzące, jak i te w opozycji nie mają wyborcom nic do zaoferowania. Prawica i lewica (tu mówimy o świecie, nie o Polsce) właściwie się zrównały, nie ma biegunów, wszyscy dążą do centrum. Wówczas wyborca nie ma ochoty głosować, bo właściwie nie ma z jego punktu widzenia znaczenia kto rządzi, skoro nie widzi wyraźnych różnic między prawicą i lewicą. Ewentualnie głosuje na populistów, bo ci się wyróżniają i mówią językiem, który przeciętny chlebo-zjadacz rozumie.

Co zrobić, aby obudzić w ludziach chęć decydowania o własnym losie? W skrócie: tchnąć namiętność w politykę, czyli powrócić do biegunów. Prawica ma być prawicą, a lewica lewicą. Ale wówczas trzeba znaleźć inny porządek na świecie, niż tylko liberalno-demokratyczny. Mają być światy równoległe, kreowane przez przeciwstawne partie i wtedy wyborca wie, że jego głos na prawdę będzie się liczył. Wszak głos oddany na partię prawicową prawdziwie prawicową będzie mógł zmienić świat, jeśli przy władzy akurat będzie partia prawdziwie lewicowa.

Przeczytałem też pochwałę referendum konstytucyjnego we Francji. "Może odrzucając traktat konstytucyjny, Francuzi dokonali fałszywego wyboru, ale odzyskali za to poczucie obywatelstwa. Europa straciła, ale demokracja zyskała.(...) W jakimś sensie wolę demokrację, która się może pomylić, od społecznej apatii oddającej władzę zimnym profesjonalistom, którzy też przecież nie są nieomylni".

Tak sobie przypominam, że Hitler również był wybrany demokratycznie. Czy to, co wybierze lud jest zawsze dobre? Kogo jest więcej w "ludzie", głupców czy mędrców? A nawet jeśli już uznamy, że wybór był fałszywy, to czy mimo wszystko powinniśmy się cieszyć, bo "wygrała demokracja"?

Czy demokracja w ogóle istnieje? Czy to nie jest być może myśl abstrakcyjna, do której część świata dąży? Czy w ogóle demokracja jako ustrój może być idealnym ustrojem? Wreszcie, czy ludzkość już nic innego nie wymyśli?

* * *

Na podstawie książki Jacka Żakowskiego "Koniec. Rozmowy o tym, co się popsuło w nas, w Polsce, w Europie i w świecie". Wydawnictwo: Sic!, Warszawa, Październik 2006
środa, 14 marca 2007
Brawo dla prof. Zolla!
W dzisiejszej Wyborczej można przeczytać o ataku Miłościwie Panującego na Trybunał Konstytucyjny i o odpowiedzi prof. Andrzeja Zolla, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego i byłego rzecznika praw obywatelskich. Pan profesor powiedział (za Wyborczą):

- Po pierwsze w wypowiedzi premiera były pewne groźby wobec Trybunału, insynuacja o jakichś związkach z panią Gronkiewicz-Waltz, a poza tym taka pewność, że to, co ja uważam za prawo, jest oczywiście prawem - mówił prof. Zoll. Jak dodał TK pokazał wczoraj, że to, co premier uważa za prawo, prawem właśnie nie jest. - Premier często, jak nie ma argumentów, to używa słowa oczywiste - zauważył prof. Zoll. (podkreślenia - camell)

Bardzo się cieszę, że tak sprawę stawia pan profesor. Brawo!
czwartek, 08 marca 2007
Dwa święta, kwiatek ten sam
Święto pierwsze to 14 lutego, tzw. Walentynki.

Święto drugie to 8 marca, tzw. Dzień Kobiet.

W święto pierwsze idzie się z dziewczyną gdzieś, koniecznie coś jej się daje (najlepiej kwiatka, najlepiej różę, bo to przecież każda kobieta lubi).

W święto drugie właściwie wystarczy dać kwiatka. Łazić już nie trzeba.

Nasi kochani politycy wolą święto drugie. To zrozumiałe przecież. Pamiętam jak z lewa do prawa wypowiadali się, że oni wolą dać kwiatka na 8 marca (kwiatka DAĆ! bo o to tylko chodzi) niż takie tam głupoty amerykańskie. Za ich czasów nikt się nie obściskiwał na ulicy!

Święto walentynkowe to, teoretycznie, święto zakochanych. Znaczy, trzeba kochać. Znaczy, trzeba wiedzieć co to znaczy kochać. Bo kochać to nie wlepić w łapę swej żony (niekoniecznie ukochanej) kwiatka.

Dlatego 8 marca jest prostszy. To dzień kobiet, czyli może trzeba o nich pamiętać i już? A jak się pamięta? Ano, kwiatka się da, różę wymiętą i po sprawie. Żadne tam miłości, Panie, już głowy nie zawracają.


To ja życzę facetom, co by nie biegali z obłędem w oczach dzisiaj szukając jeszcze otwartych kwiaciarni.

19:29, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (2) »
środa, 14 lutego 2007
Baba Jaga i Śpiąca Królewna
Poczytałem ostatnio o kobietach w bajkach. Kobieta jest gorzej traktowana w świecie dorosłych i naiwnością byłoby oczekiwać, że w bajkach będzie inaczej. W bajkach, o których czytałem, są cztery typy kobiet.

Baba Jaga. To kobieta stara, o nadprzyrodzonej mocy, wyłączona z kultury, żyjąca w zaświatach (las, domek na kurzej stopce). Jej świat przypomina świat nieżywych, śmierć jest wszechobecna w jej życiu. A to ciało jej się rozkłada, a to nie znosi zapachu żywych (tak jak żywi nie znoszą zapachu trupów), z reguły nie widzi, lecz rozpoznaje ludzi po wstrętnym smrodzie. To kobieta aktywna, przeprowadzająca inicjację młodych kobiet (ich wejście w świat dorosłych), wyłączona ze świata żywych (z kultury) w związku z zanikiem swej seksualności.

Zła królewna. Została przyrzeczona księciu z bajki, tudzież rycerzowi. Prowadzi z nim grę: on ma wciąż udowadniać swego męstwa wykonując przenajróżniejsze zadania, w których może zginąć. Wykonując te zadania ma udowodnić swą nadprzyrodzoną moc, pochodzącą najpewniej z zaświata (z tego samego, w którym osadzona jest Baba Jaga). To kobieta będąca częścią kultury, ale żądająca od rycerza wypraw do świata nieżywych (np. niebezpieczny las). Może być po stronie ojca - wtedy rycerz musi udowodnić ojcu (i kobiecie), że jest gotów posiąść jego córkę. Albo kobieta może być po stronie rycerza, czyli pomagać mu w wykonywaniu karkołomnych zadań. Aktywna kobieta jest tutaj zdobywana, poskromiona.

Dobra królewna. Należy do świata kultury, jest bierna. To te wszystkie księżniczki zamknięte w wieżach, które trzeba uratować i otrzymać w zamian nie tylko jej rękę, ale i pół królestwa. Tu, podobnie jak w przypadku złej królewny, po inicjacji (którą przeprowadzić może Baba Jaga) mężczyzna zabiera kobietę do swojego świata, lub sam zostaje do jej świata przyjęty (rycerz dostaje królestwo i zostaje od razu królem. Ojciec przestaje odgrywać ważną rolę).

Śpiąca królewna. Nie dość, że bierna to należąca, jak Baba Jaga, do świata nieżywych. Tu inicjacja zachodzi poprzez pół-śmierć, po której następuje cudowne ożywienie wywołane oczywiście przez rycerza, któremu oczywiście należy się ręka królewny. Królewna zasypia bo ukłuje się czymś zatrutym, zje zatruty owoc bądź ubierze się w zaklęte szaty.

Przeczytałem, że kobieta jest przedstawiana "jako pełnoprawny uczestnik życia religijnego, jest nie tylko fundamentem tworzącym ideologię żeńskiego sacrum przybierającego obraz Wielkiej Bogini w jej rozlicznych postaciach, ale też jest przez sacrum otaczana na każdym etapie swojego życia. Bajka zachowała pamięć o sakralnym statusie kobiety, statusie, który został mocno nadwyrężony orzez religie monoteistyczne, niszczące tradycyjne kultury."

I jakoś nie widzę, żeby w bajkach kobieta była pełnoprawnym uczestnikiem życia religijnego. Albo Baba Jaga wykluczona z kultury, albo ciumcia śpiąca lub dobra królewna, albo w najlepszym wypadku mająca jakieś swoje zdanie (zła królewna), któremu przeciwstawione jest zdanie męskie. Oczywiście męskie wygrywa. Bo to nie kobiety decyzje podejmują.

W bajkach, jak w życiu, "bycie pełnoprawnym uczestnikiem" kultury jest inaczej definiowane dla kobiety i mężczyzny. Ona ma być ciumcią lub idiotką, którą trzeba poskromić, ewentualnie obrzydliwą starą babą. On ma być odważny i najmądrzejszy. Ma posiąść, zdobyć to co mu przyrzeczone (czyt. co mu się należy).

* * *

Na podstawie tekstu Macieja Czeremskiego "Baba Jaga i królewny. Postać kobiety w bajce magicznej" opublikowane w "Kobiety i Religie", pod redakcją Katarzyny Leszczyńskiej i Agnieszki Kościańskiej, Zakład Wydawniczy "Nomos", Kraków 2006.
00:05, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 lutego 2007
Członek LPR potrzebny od zaraz!
Ja nie mogę oddechu złapać! Byłem dzisiaj na wystawie w MNAC - Muzeum Narodowe Sztuki Katalońskiej. Co ja tam widziałem! To się już w głowie nie mieści!

Wystawa została przeniesiona z Nowego Jorku, będzie do marca w Barcelonie. Obejmuje jedne z najważniejszych obrazów od XVII wieku.

W sekcji obrazów na jednym widać było nagą pierś kobiety. No powiedzmy, że to jeszcze da się wytrzymać. Ale to, co było potem, to już po prostu Koniec Świata!

Potem zobaczyłem wystawę zdjęć. Pełno nagich biustów i nagich kobiet! Ale to jeszcze nie najgorsze. Następnie widziałem kobietę w wieku starszym. To była seria zdjęć tejże kobiety. Na kolejnych ubywało jej ubrania, odsłaniały się piersi, nogi. Patrząc na majtki trochę się zadziwiłem. A potem to! Wszystko jej zniknęło, została naga. I miała penisa! To był transwestyta! Chłopaki z LPR i MW przyjeżdżajcie tu, walcie jajkami w te obrazy, spraye ze soba weźcie, szyby pozbijajcie. I koniecznie krzyży nie zapomnijcie wziąc ze sobą! Zwłaszcza, że potem było jeszcze gorzej.

W sali kolejnej zobaczyłem twarz młodego chłopca. Był nagi. Miał ciało kobiety. Wyglądał na transwestytę, który miał bardzo dużo szczęścia (i pieniędzy) i zmiana płci udała się rewelacyjnie (do tej pory na ulicy widziałem ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia i pieniędzy). Jego wizerunek składał się z kilku fotografii, które tworzyły razem... wielki krzyż! On/a wyglądał/a jak ukrzyżowany człowiek!

Drodzy LPR-owcy i Weszpolacy, jeśli to was nie przekona do zrobienia rozróby, to wy już prawdziwymi Polakami nie jesteście!
piątek, 02 lutego 2007
Czy kobieta to zwierzę domowe?
Pani Anna S. była łaskawa rzec: "Jeśli chcemy, aby rodzina była zdrowa moralnie, nie widzę możliwości, aby matka pracowała". Pan Marian P. stwierdził: "Odsetek rodzin wielodzietnych, w których rodzice mają wyższe wykształcenie, przekracza 20 proc., a to znaczy, że jest wyższy od średniej krajowej. A poza tym najwięcej przemocy wobec dzieci spotykamy nie w rodzinach wielodzietnych, ale w konkubinatach".

Poglądy Miłościwie Nam Panujących znamy nie od dziś. A jednak po przeczytaniu pomysłów odrodzenia rodziny oniemiałem. Drodzy Państwo, tu już nie jest śmiesznie. Jesteśmy w Iranie.

Pan poseł C. z PiSu zaliczył niedawno swoją żonę do swego majątku. Argumentował to tym, że żona pracuje jak wół w domu wychowując dzieci. Można zatem dojść do wniosku, że żona jest wartościowa, zatem zalicza się do majątku. To ja dodam, że pies pilnujący ogrodzenia też jest wartościowy. A ochroni podwórko lepiej niż żona, więc na podwórku pies wartościowszy od żony.

Społeczeństwo IV Rzeszypolitej to kraj mężczyzn i zwierząt. Kobieta to zwierzę, które trzyma się w domu. Służy do sprzątania, wychowywania dzieci, wiecznego poświęcania się rodzinie. Jej ma być źle zgodnie z zasadą, że "komuś musi być źle, aby innemu było dobrze". Dobrze ma być mężczyznom, im się należy życie lepsze, bo oni utrzymują rodzinę. Kobieta nie, kobieta tylko wychowuje.

Pan poseł C. i reszta PiSowców uważał, że przedmiotowe potraktowanie kobiety przyczyni się do dyskusji o roli kobiet w Polsce. Zwróci uwagę na to, jak ciężko kobiety pracują w domu. Zgodnie z tą logiką, myślę że dla posła gwałt na kobiecie to sprawianie jej przyjemności.

Drodzy Państwo, jest nieśmiesznie i będzie coraz brunatniej. Ja chcę już wyborów!
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Tylko dla mężczyzn!
"And now for something completely different."
Monty Python’s Flying Circus

Znalezione w mailu:

Organizacja "KOBIETY" ma zaszczyt zaprosić na wieczorne zajęcia
podyplomowe dla mężczyzn. Wstęp wolny "Tylko dla mężczyzn"! Kurs jest dwudniowy i obejmuje następujące zagadnienia:

DZIEŃ PIERWSZY

->JAK WYKONAĆ KOSTKI LODU
Instrukcja krok po kroku wraz z prezentacją

->PAPIER TOALETOWY - CZY SAM WYRASTA NA TRZYMADEŁKACH?
Dyskusja

->RÓŻNICE POMIĘDZY KOSZEM NA PRANIE, A PODŁOGĄ
Ćwiczenia praktyczne (z pomocą zdjęć i wykresów)

->NACZYNIA I SZTUĆCE; CZY LEWITUJĄ SAMODZIELNIE DO ZMYWARKI LUB ZLEWU
Debata panelowa z udziałem ekspertów

->PILOT DO TELEWIZORA
Utrata pilota - linia pomocy i grupy wsparcia

->NAUKA ODNAJDYWANIA RZECZY
Otwarte forum tematyczne - strategia szukania we właściwych miejscach, tj.przewracanie domu do góry nogami w takt rytmicznego pokrzykiwania

DZIEŃ DRUGI

->PUSTE KARTONY I BUTELKI: LODÓWKA, CZY KOSZ?
Dyskusja w grupach i ćwiczenia praktyczne

->ZDROWIE: PRZYNOSZENIE JEJ KWIATÓW NIE JEST GROŹNE DLA ZDROWIA
Prezentacja PowerPoint

->PRAWDZIWI MĘŻCZYŹNI PYTAJĄ O KIERUNEK, KIEDY SIĘ ZGUBIĄ Wspomnienia tych,którzy przeżyli

->CZY MOŻNA SIEDZIEĆ CICHO GDY ONA PROWADZI?
Ćwiczenia na symulatorze

->DOROSŁE ŻYCIE: PODSTAWOWE RÓŻNICE POMIĘDZY TWOJĄ MATKĄ A TWOJĄ PARTNERKĄ
Ćwiczenia praktyczne z podziałem na role

->JAK BYĆ IDEALNYM PARTNEREM W ZAKUPACH
Ćwiczenia relaksacyjne, medytacja, techniki oddechowe

->ZAPAMIĘTYWANIE WAŻNYCH DAT I POWIADAMIANIE W WYPADKU SPÓŹNIENIA
Prosimy o przyniesienie własnego kalendarza i telefonu komórkowego - ćwiczenia praktyczne

sobota, 27 stycznia 2007
Dlaczego nie umiemy rozmawiać (o Bogu)?
Czy wolno mi wypowiadać się na temat o którym mam poczucie, że nie poznałem go dokładnie? Czy mogę mówić o wierze, o Bogu jeśli nie przeczytałem Biblii? Czy mogę to co do tej pory się dowiedziałem o Bogu, co pamiętam z katechezy wykorzystywać w dzisiejszej dyskusji? Wiadomo pamięć figle płata, mogę poprzekręcać, zapomnieć, lub nawet dopowiedzieć usprawiedliwiając się niepamięcią. Czy katolicy wiedzą o wierze więcej niż ja?

Na jednym z blogów przeczytałem o wypocinach ateistów, którzy nie znając Bibli używają cytatów na chybił trafił, bez znajomości o czym prawią. Autorka (Ju) wyśmiała postawę takich dyskutantów. Ja zacząłem szukać dziury w całym, pisząc że przecież nie muszę znać Biblii, aby o niej prawić. Przyznam dziury szukałem, bo nie tylko chodzi o to o czym się dyskutuje, ale jak.

Co jest ważne w dyskusji? Czym ją odróżnić od wypocin i opluwania oponenta? Myślę, że właściwie są to dwie cechy: pokora i otwartość.

Z pokorą wiąże się uczciwość. Czyli nie szukam na siłę pseudo-faktów, które mają udowodnić moją wizję świata. Jeśli coś w moich argumentach mi się nie zgadza, to o tym mówię, bo chodzi ostatecznie o to, aby znaleźć prawdziwą odpowiedź, a nie koniecznie udowodnić swoje racje. Niedawno przeczytałem o tym, jak bardzo ludzie są zakompleksieni: nawet jak popełniają błąd, to się do niego nie przyznają, tylko brną w głupie argumenty na siłę szukając potwierdzenia swych myśli.

A po drugie otwartość. Zanim przystąpimy do dyskusji zastanówmy się po co w ogóle ją zaczynamy. Czy chodzi nam o przekonanie rozmówcy do naszych racji? Jeśli tak, to po co? Czy nasze racje są najmądrzejsze? A gdzie pokora? A skąd wiem, że ja mam rację? A może lepiej wysluchać co mówi ktoś inny? Bo celem dyskusji nie powinno być przekonywanie na siłę, ale słuchanie i ocenianie argumentów przeciwnych. Ja prezentuję swoje, rozmówca swoje i ideałem byłoby gdybyśmy razem ocenili kto ma rację.

A czemu jest tak trudno rozmawiać o Bogu? Wtedy już jest wolna amerykanka. Uwielbiam wysłuchiwać tych najmądrzejszych, którzy na końcu dyskusji dodają "też kiedyś to przechodziłem/am, kiedyś zrozumiesz co to wiara". A ja chcę do cholery zrozumieć teraz, a jeśli nie potrafisz mi tego wytłumaczyć, lub jeśli nie reagujesz na moje argumenty, tylko wciąż jak katarynka powtarzasz to samo to spadaj! Nie marnuj mojego czasu. Bo to nie jest uczciwe.

A czytać Biblii nie mam ochoty. I nie sądzę, żebym przez to nie miał prawa wypowiadać się na temat wiary, wystarczy być uczciwym w dyskusji. Czy muszę przeczytać Koran, żeby być pewnym iż nie jestem wyznawcą Islamu? W ten sposób nie mam prawa wypowiadać się na jakikolwiek temat, bo a nuż widelec gdzieś jest jakaś księga mądra której nie przeczytałem.

Kaznodziei jest pełno. Kiedyś wszedłem ze znajomymi do jednego z kościołów w Krakowie. To było dawno, ja pierwszy raz w tym mieście, chciałem zobaczyć witraż. Niestety była msza, zrobiłem zatem źle tam wchodząc, ale stanąłem z tyłu, odwróciłem się do rozety, obejrzałem, wyszedłem. Wybiegła za mną Pani w wieku starszym (a czemu na mszy nie została?) mowiąc "ciekawa jestem czego szukają ludzie niewierzący w kościele?". Na końcu dyskusji dodała "przemyślcie sobie chłopcy co Wam powiedziałam".

Tak, ja mam przemyśleć, ja mam być nawrócony. A gdzie pokora i otwartość? Dlaczego ja z mymi poglądami mam być gorszy?
czwartek, 25 stycznia 2007
Roczek minął
Pierwszy wpis zrobiłem ponad rok temu. Tak sobie chciałem pisać i nie wiedziałem czy mi w ogóle coś z tego będzie wychodziło. Właściwie przez pół roku blog nie istniał, jako że nic nie pisałem sensownego, osiągając po 5 wejść na miesiąc! Druga połowa roku już była bardziej aktywna, w sumie ponad 6500 wejść według gazety, co daje średnio 30 wejść dziennie. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Właściwie nie ma to dużego znaczenia, bo czasem warto pisać dla jednej osóbki która naprawdę czyta, niż dla tysiąca forum-owiczów nic nie rozumiejących (nie to żebym ja bym taki najmądrzejszy na Świecie).

Blogi ja czytam również, czasem częściej niż gazety. Mam kilka swoich ulubionych. Noszę się z zamiarem spisania linków do nich oto tutaj na mym blogu, ale jakoś mi jeszcze nie wyszło. Kto jest chętny, aby go umieścić niech będzie łaskaw linka przesłać, a, jak to prezesi mówią, "się zobaczy".

Jednak z blogami to jest problem. Bo nigdy nie wiadomo co komu do łba strzeli i co powypisuje. Czytam sobie całkiem niezły blog, a tu nagle to co do tej pory było całkiem niezłe okazuje się mieć gorszy wpis. No i zaczynam się zastanawiać czy to w ogóle fajny blog jest, czy też nie. A może ja się do tej pory natykałem na lepsze wpisy w ogólnej masie kiepskich? To po co wtedy umieszczać link do takiego bloga? A z drugiej strony po co się ograniczać do spisania kilku blogów? Przecież mi się to zmienia, i za tydzień mój zestaw ulubionych blogów może być zgoła odmienny. Czy ci co umieszczają linki do blogów czytają tylke te blogi? (i tu wykonujemy sympatyczne mrugnięcie powieki w kierunku tych, co link do mojego bloga na swoich stronach umieścili)
czwartek, 18 stycznia 2007
Jestem szczęśliwy, że mogę być klaunem
Święta, święta i po świętach, jak to mawia moja Babcia. A przez święta możliwości poprzyglądania się własnej rodzinie. Skoro tak rzadko w Polsce jestem to trzeba wykorzystać okazję i spotykać się z szacownymi ciociami i wujkami.

Ciocia numer 1 wpadła do nas po południu. Nie pamiętam jak z rozmowy o niczym zrobiła się rozmowa o Czymś. Pamiętam, jak Ciocia mówiła coś o gejach, na co moja Mama zaczęła się śmiać. Potem mi powiedziała, że juz wtedy wiedziała, co się zaraz wydarzy.

Scena: pokój dzienny, aktorów sztuk 5: rodziciele moi, ciocia, wujek i ja. Mama ostrzega Ciocię: "Kamil ma dokładnie odwrotne poglądy" chichocząc, jako że wie iż zaraz będzie wojna i że Ciocia sama ładuje mi się na linię strzału. Ciocia, nie wiedzieć czemu, potraktowała to jako zachętę. "Tak?!" wykrzyknęła radośnie, po czym była rzekła: "bo wiesz Kamilku, w Polsce to jest trochę odrażający widok dwóch homoseksualistów...".

Ja nie chciałem nic mówić. Do czasu jak to usłyszałem. Bo po pierwsze, Ciocia przywykła, że ja to Kamilek, ale ja juz mam prawie 30-tkę na karku. Po drugie, ja jestem Polak, i jeszcze potrafię sam się po Polsce poruszać. A po trzecie to mnie cholera dopadła, jak usłyszałem jak to odrażający jest homoseksualista.

Następne kilkanaście minut, sądząc po minach pozostałych aktorów (poza mną i Ciocia), to thriller na przemian z sensacją. Nerwowe zerkanie to na mnie, to na Ciocię. Rodzice wyglądali jakby się dobrze bawili, wujek oniemiał. Pierwsze minuty Ciocia coś mówiła, potem słabła, na końcu już tylko słuchała krzywiąc się niemiłosiernie. W końcu zmieniła temat, i dobrze, bo mnie to nerwów za dużo kosztowało.

* * *

Ciocia numer 2 to dusza towarzystwa. Właściwie to towarzystwo samo w sobie, bo ciężko czasem wejść w słowo. Zaczął niepozornie Tata powiedziawszy jak to Manuela Gretkowska partię zakłada, jak to ja to popieram. Potem Mama dodała, że jam feminista (wyglądała na dumną).

Ciocia zbaraniała: "Taaaak???, Kamil jest feministą? Buahahahaha" ryknęła salwą śmiechu. Potem opowiadała jak to nie lubi Gretkowskiej bo "za dużo szumu wokół siebie robi". Tego słuchać już nie mogłem. Wyszedłem - perspektywa sikania wydala mi się ciekawsza. Na placu boju została Mama, próbowała tłumaczyć... Efekt łatwy do przewidzenia: jak grochem o ścianę. Ciocia rzekła: "ach, zmieńmy temat, bo mamy inne poglądy i się nie dogadamy".

Ja wiem, że pluralizm, że demokracja, że każdy ma prawo do swoich poglądów. Ale ja pewnych sądów nie toleruję.

Cieszę się bardzo, że dostarczyłem Cioci numer 2 tyle radości. Chyba zawsze dostarczałem, a bo to wegetarianinem byłem, a bo niewierzący, a bo ślubu nie chce, a bo dziecka nie chce, a bo przytył... Taki zabawny klaun ze mnie. Ciocia jest z gatunku tych, co widzą tylko swój czubek nosa. Cioci mąż nie bije, więc i innych kobiet mężowie nie biją, a jak biją to znaczy, że sobie na to zasłużyły.

Natknąłem się ostatnio na uzasadnienie wyroku Sadu Apelacyjnego w Krakowie: "Dla przestępstwa przemocy w rodzinie nie jest wystarczające wypowiadanie słów obelżywych czy ordynarnych, nie wystarcza naruszanie nietykalności cielesnej, ograniczanie swobody osobistej itp. Są sytuacje, w których takie zachowanie wynika z wyzywającego zachowania rzekomych ofiar (...) Są sytuacje, (...) gdy owe zachowania są podyktowane (...) innymi dobrami ważniejszymi od wątpliwej godności ofiar nagannie się prowadzących".

Zastanawiam się czy to uzasadnienie też byłoby dla Cioci zabawne.

12:47, camell_ek , Feminizm
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4